Poczytajmy!

Ciągle coś czytam, choć i tak mniej, niż bym chciał. Zobaczymy, jak wyjdzie z pisaniem o tym czytaniu...

Odgrzany kotlet z nieprzyjemnym posmakiem

Inferno - Dan Brown, Robert J. Szmidt

Dan Brown. Człowiek, który przed jedenastu laty przebojem wdarł się na szczyty list bestsellerów z Kodem Leonarda da Vinci, w czym bez cienia wątpliwości pomogli mu tworzący szum wokół tematu katoliccy konserwatyści. Dziś ponoć najpopularniejszy pisarz na świecie. 

 

Jednym tchem połknąłem wspomniany Kod... Anioły i Demony. Kiedy natrafiłem w Internecie na pierwsze wzmianki o planowanym wydaniu kolejnej książki z profesorem Robertem Langdonem w roli głównej, wprost nie mogłem się doczekać. Twórczość Browna mogę chyba śmiało określić mianem absolutnego topu na półce z lekką, nieszczególnie wymagającą powieścią akcji. Oczekiwanie nie było krótkie, lecz oto nadszedł dzień wigilii Bożego Narodzenia roku pańskiego 2013: moja siostra znalazła pod świątecznym drzewkiem właśnie Infernoa ja stałem się pierwszym, który ustawił się w kolejce do jego pożyczenia.

 

Powieść czyta się szybko, choć niestety muszę przyznać, że tym razem sprawdzony wcześniej schemat zaczął mnie męczyć już w trakcie jej czytania. Robert Langdon znów trafia na trop ogólnoświatowej afery, za którą znów stoi tajemnicza organizacja (której częścią znowu jest nietypowy "główny cyngiel" będący narzędziem prawdziwego "głównego złego"), w której wyrolowaniu znowu pomaga mu piękna kobieta. Ach, tak - całość znowu jest okraszona opisami dzieł sztuki i architektury, w myśl przyświecającej autorowi idei nauki poprzez zabawę. 

 

Nie od dziś wiadomo, iż Dan Brown dysponuje niezwykle lekkim piórem, dlatego też pomimo wrażenia jedzenia wczorajszego obiadu, idzie to sprawnie (aczkolwiek kilka razy złapałem się na omijaniu wzrokiem przydługich opisów). Razem z autorem i opisaną przez niego historią przemykamy przez kolejne sceny, by trafić aż do kulminacyjnego punktu fabuły. I tu dopiero zaczyna się iście dantejska katastrofa.

 

Przyznam, że przed przeczytaniem powieści sięgnąłem po kilka recenzji. Zauważyłem, że wszyscy ich autorzy zwrócili szczególną uwagę na jej zakończenie. Niektórzy chwalili autora za nieprzewidywalność, inni zaś odżegnywali go od czci i wiary, nikt jednak nie przechodził nad tą częścią utworu obojętnie. Z rosnącym zainteresowaniem zbliżałem się do niej, by srodze się zawieść.

 

W moim przypadku wyglądało to tak: emocje rosły, wszystko zmierzało do faktycznie niespodziewanego wcześniej rozstrzygnięcia, gdy nagle autor wykonał zwrot o 180 stopni i zaserwował jeszcze inną jego wersję. Równie nieprzewidywalną, co... słabą. Napięcie opadło jak sflaczały balon, pozostawiając w sobie zawód. 

 

Podsumowując: Inferno to kolejny rzemieślniczy twór Browna. Książkę (wyjąwszy wspomniane ostatnie sceny) czyta się z przyjemnością, choć nie sposób nie zwrócić uwagi na powtarzalność i schematyczność autora. Jednym zdaniem: Nie najgorsza książka została zepsuta przez bardzo słabe zakończenie.